W drodze na Makalu

13 maja. To moje drugie podejście do Makalu (8481 m), piątego szczytu świata. Pierwszy raz wspinałam się nań dwa lata temu i dotarałam wtenczas do ośmiu tys. metrów. Z różnych przyczyn (m.in. z powodu choroby partnera) musiałam zawrócić. 
Nie jest łatwo pisać (mi przynajmniej) o wspinaczce na ośmiotysiecznik. To nie tylko zmagania fizyczne, ale też niestety ogromna walka w głowie.

Te parę tygodni tu na wyprawie, to jak nieustanny 32 kilometr dla maratończyka, czyli nieustanny bój z kryzysem. Wszystkie przygotowania, które mogłam zrobić, poczyniłam w kraju, teraz trzeba bardzo sprawnie wykorzystywać każde nadarzające się okno pogodowe i wspinać się w stronę szczytu. 



W miarę doświadczenia radzę sobie lepiej, ale i tak dopadają mnie trudne momenty, szczególnie gdy trzeba wyczekiwać w małym namiocie długie dni na pogodę. Ciąglę muszę pamiętać, że nawet myśli pochłaniają energię, a na 5600 m (na których mam teraz bazę, czyli mój dom przez ostatnie tygodnie), nie ma regeneracji. Bo taka wysokość już na to nie pozwala. Moje siły są więc policzalne i muszę nimi umiejętnie gospodarować, by wejść na szczyt.


Tak więc pisanie tego dziennika, to jak przyznawanie się do setek upokorzeń, które mnie co rusz dopadają.
 Do tej pory założyłam (wraz z moim partnerem wspinaczkowym Rafałem Fronia) trzy obozy, jestem po kilku wyjściach do góry. Moja ostatnia wspinaczka miały miejsce na wysokość 7450 metrów. Tu rozbiliśmy nasz namiot i spędziliśmy jedną noc. W języku wspinaczkowym, oznacza to aklimatyzację, czyli przystosowanie organizmu do rozrzedzonego powietrza i niskiego ciśnienia.

Wspinamy się oczywiście bez wspomagania butli z tlenem (dla profesjonalnych wspinaczy to norma), tak więc krok po kroku zbliżamy się do szczytu. 
Obecnie przebywam w bazie, gdzie regeneruję siły przed kolejną wspinaczką do góry, a być może już na sam szczyt.
Trwa ładowanie komentarzy...