Upragniona harmonia

Bardzo wiele osób pyta się mnie o różne „triki” motywacyjne wyniesione z gór, bo niby tak świetnie daję sobie tam radę. Otóż, czasem mam poważne co do tego wątpliwości. Wręcz pojawia się myśl, że wcale sobie nie daję, a wręcz, że zaraz trafi mnie szlag. No, ale od początku.

W lutym tego roku popełniłam na swej stronie następujący wpis, pozwolę go sobie tu przytoczyć, jako dobry wstęp do różnych dalszych przemyśliwań.

Czas przygotowań do wyprawy na ośmiotysięcznik trwa. HARMONIA, chciałoby się rzec – upragniona, to jak słowo wytrych. Ale jak ją uzyskać? Jak być przygotowanym zarówno kondycyjnie, technicznie, logistycznie, mentalnie i generelanie pod każdym względem do wyprawy na ośmiotysięcznik? Czyli również na milion niespodzianek po drodze. Kiedy osiąga się sukces w jednym, drugie się wywala. Dam Wam przykład.

Przez parę miesięcy przygotowywałam się do wspinaczki na południową ścianę Shisha Pangma, a tu sytuacja polityczna w Tybecie pokrzyżowała moje plany. Tak więc nie lubię odpowiadać na pytania: jaki następny cel, dopóki nie wsiądę w samolot i nie będę miała wizy oraz pozwolenia na wspinaczkę w ręku.

No bo co tu odpowiedzieć: że mnisi tybetańscy demonstrują łącznie z samospaleniem, a Chińczycy znów zamknęli granice? Niestety, to bolesna rzeczywistość w tamtej części świata. To wręcz temat na oddzielny post, po moich kilku pobytach w Tybecie. A że moją „areną” nie jest boisko, ani inna wyznaczona trasa, tylko żywa natura z ludźmi tam na miejscu, to słowo „flexible” nabiera u mnie szczególnego znaczenia. Aż trzeszczy w kościach i zwojach mózgowych od tej ciągłej gimnastyki i wpasowywania się w nowe sytuacje.

Z jednej strony ta nieprzewidywalność jest pociągająca (na nudę w swoim życiu nie narzekam), z drugiej strony – to ciągłe posiadanie w głowie wariantu numer 2, 3 i 4 jadąc w różne części świata, sieje ogromny zamęt. No bo jakikolwiek trening i nakręcanie się na cel bierze w łeb, bo ci zamkną granicę. Techika pt. „Dobra, nie trać sił, zrób krok w tył, a najlepiej popatrz na siebie z boku, a rozwiązanie przyjdzie”, też czasem zawodzi, choć myślałam, że osiągnęłam w niej mistrzostwo. Jest jeszcze jedna metoda, która na szczęście działa zawsze: robić dalej swoje.

Tak więc pakuję plecak na trening i wychodzę. To zawsze robi dobrze i na fizys i na psyche. A rozwiązanie mam nadzieje wkrótce nadejdzie.


Rozwiązanie na szczęście przyszło. Wiosną, zamiast do Tybetu, pojechałam w Himalaje Nepalu i wspięłam się na ośmiotysięcznik Lhoste (8516 m). W tej chwili jest wrzesień i chciałam wrócić na upragnioną Shisha Pangmę (8027 m).

Granica od miesiąca głucho zamknięta, trening i przygotowania zostały ponownie przeorganizowane, motywacja trzymana w ryzach, zaś pokora wystawiona na kolejną próbę. No, ale może dzięki temu, że jestem teraz w kraju, będą powstawać wpisy na tym blogu. Zatem do usłyszenia.
Trwa ładowanie komentarzy...